Sezon w Manchesterze zakończył się meczem z Liverpoolem

Sezon w Manchesterze zakończył się meczem z Liverpoolem. Drużyna bezwładności osiągnie mistrzostwo w Premier League, która z pewnością wyda cztery rundy do końca – wynik jest imponujący, ale nie fenomenalny. Aby obronić swoją wyjątkowość w Europie, miasto nie doszło do ironii w stosunku do angielskiego klubu, który zadał pierwszą porażkę Pepowi na Pepa.

Jeszcze przed meczem ćwierćfinałowym w Enfield wielu zgodziło się, że skacze są niewygodnym przeciwnikiem City, którzy są przyzwyczajeni do posiadania piłki i nie lubią wysokiego ciśnienia. „Liverpool” naprawdę pokonał słabe punkty drużyny Pepa, ale jednocześnie Guardiola sam nie był w stanie tego przewidzieć, ani pracować nad błędami w odpowiedzi.

W pierwszej połowie mogło się wydawać, że giętki obrońca gości miał się pochylić, a my zobaczylibyśmy coś podobnego do ubiegłorocznego powrotu Barki przeciwko Francuzom. Tak się nie stało, a poza tym „City” już trzecia gra z rzędu ujawniła wszystkie swoje wady, niedostrzegalne w pierwszej części sezonu.

Liverpool doznał ataku City, który wszedł all-in i wyszedł na przerwę, tracąc tylko jeden gol. Tak, wynik mógłby być większy, gdyby nie utajonego krótkowzroczności z jury, ale decydującym czynnikiem nie to było, ale sposób w jaki gra zmieniła się w drugiej połowie i jak przeszedł przez Guardiola.

Wierząc we własną nieomylność i jednocześnie zwalniając, „City” nadepnął na tę samą prowizję, co w derbach Manchesteru, zaklinowanych pomiędzy meczami Ligi Mistrzów. Tydzień temu „mieszczanie” padli pod klątwą Kloppa, a teraz w drugiej połowie oblały trywialnie, po przewadze w pierwszej.

Fani w Etihad widzieli to samo kilka dni temu: w pierwszej połowie meczu przeciwko United, miasto zniszczyło przeciwnika i mogło zdobyć nie dwie, ale cztery. Po przerwie blitzkrieg Alexisa i Pogby, ukoronowany pozdrowieniami od Smallinga, oszołomił przyszłego mistrza i uniemożliwił mu zorganizowanie przyjęcia przed jego najgorszymi wrogami.

Rate this post